BAŁKANY 2008
Rowerem na Bałkanach
Bośnia, Chorwacja, Czarnogóra - we dwoje na rowerach
Trasa: Do Sarajewa dojeżdżamy samochodem. Stamtąd na rowerach jedziemy przez: (Bośnię i Hercegowinę) Konijc, Mostar, Medjugorie aż do Metković (Chorwacja), stamtąd znów do Bośni, na wybrzeże do Neum, i ponownie Chorwacja, wzdłuż morza do Dubrownika i dalej już do Czarnogóry - Herceg-Nova, Kotor i przez góry do Podgoricy. Stamtąd wracamy autobusem do Sarajewa, gdzie zostawiliśmy samochód.
Długość: 500 km w 8 dni.
Termin: sierpień 2008
Wyświetl większą mapę
Szczegółowy opis i zdjęcia:
16.08.08
Wyjeżdżamy z Warszawy ok. 12.00. jedziemy pożyczonym od rodziców Joli Renault Kangoo. Na pierwszy rzut oka, trudno się zakochać w tym samochodzie, ale po bliższym poznaniu dużo zyskuje. Przede wszystkim na ilość miejsca – rowery i sakwy z łatwością mieszczą się w bagażniku, siedzenia więc mamy wolne dla ewentualnych autostopowiczów. Jedziemy przez Rzeszów, Barwinek, Koszyce. Pierwszy nocleg znajdujemy pod Miszkolcem. Kluska kręci nosem, że wolałaby w hotelu (Hę???), ale nie ma mowy. Śpimy na polu z komarami.
17.08.08.
Węgrzy mają świetną kuchnię. W południe zapodajemy sobie zupę rybną. Wielka micha ostrej, czerwonej, gęstej zawiesiny z kawałkami ryb.
Autostopowiczki
Zaraz po obiedzie zabieramy z drogi dwie autostopowiczki. Gadamy chwilę po angielsku, po czym mówię coś do Joli po polsku. „Nie musicie się starać. Jesteśmy z Polski” – słyszymy. Dziewczyny jadą na Rainbow do Serbii. Coś tam bąknąłem, że niby wiem o co chodzi, że to taki festiwal muzyczny, no i mi się dostało. Dziewczyny pouczyły nas, że to zlot dla wtajemniczonych prawdziwych ortodoksów ruchu hippisowskiego. Kiedy dowiedzieliśmy się, że naczelną zasadą zlotu jest „zero chemii” byłem przekonany, że chodzi o narkotyki. Ale gdzie tam. „Jak znajdą u Ciebie marihuanę, to jeszcze nic strasznego. Najgorzej, jak okaże się, że masz mydło. Wtedy wylatujesz.” Stwierdzamy z Kluską, że w drodze powrotnej chyba będziemy wystrzegać się autostopowiczów wracających z Rainbow, po dwóch tygodniach „bez chemii”.
Belgrad
Około 18.00 dziewczyny wysiadają przed miastem, na stacji - ciekawe czy długo stały? - a my dojeżdżamy do Belgradu. Miasto jest pięknie położone na brzegu dwóch rzek – Sawy i Dunaju. Pozwalamy sobie na chwilę odpoczynku, mały obiad i spacer po najstarszej części, szybkie odwiedziny w starym zamku, rzut oka w dół na połączenie dwóch rzek – „Kiedyś będzie trzeba tu wrócić na dłużej” – mówimy sobie i znów ruszamy w drogę.
Bośnia? Gdzie ona?
Chcemy dojechać do Sarajewa około pierwszej w nocy. Do granicy z Bośnią mamy zaledwie 75 km. Co to dla nas! Na początku wszystko się zgadza, Kluska pilotuje odnajdując mijane miejscowości na mapie. Jednak mimo że jedziemy główna drogą ani razu nie widzimy kierunkowskazu na Sarajewo. Widać Serbowie obrazili się na sąsiadów. Jedziemy dalej w przeświadczeniu, że tak ma być. Jedziemy… jedziemy… Jola dostaje smsa: Nie sprawdzając wiemy: to na pewno powitanie od nowej bośniackiej sieci! Musimy być bardzo blisko granicy… Jedziemy ostrożnie dalej przygotowani na to, że w każdej chwili wyrośnie przed nami graniczny szlaban. To już za tym zakrętem. Tuż tuż… Po pół godzinie daję za wygraną. Wysiadam przy pobliskim barze i pytam lokalnych drinkerów gdzie to przejście. Patrzą na mnie jak na wariata.
- Panie, do granicy macie jeszcze 90 – 100 km! – i pokazuje na mapie gdzie jesteśmy. Jola załamana uderza w kimę, a ja heroicznie podejmuję się pokonać te dodatkowe kilometry.
Na szczęście Serb z baru jest na tytle miły, że jedzie przed nami jakieś 20 km pokazując nam odpowiedni zjazd w stronę granicy (za Chiny bym go sam nie znalazł). W Serbii w ogóle nie używa się drogowskazów. W miastach główna droga często zamienia się w coś na kształt osiedlowej, skręca kilka razy całkowicie tracąc charakter „drogi głównej”.
Ostatecznie zatrzymujemy się nad Driną, która oddziela Serbię od Bośni. W czasie wojny jakieś sto kilometrów wyżej, w Višegradzie wrzucono do Driny kilkaset ciał – żywych i martwych, kobiet i mężczyzn. Woda na odcinku wielu kilometrów zmieniła kolor na czerwony.
18.08.08
Przekraczamy granicę w Zworniku. Mały, niepozorny most na Drinie – gdybyśmy jechali w nocy na pewno byśmy ją przeoczyli. Za granicą wstępujemy na bośniacką kawę. Kluska jest oczarowana: wszystko tu jest super - pyszna kawa, wijąca się wzdłuż Zvornickiego jeziora droga - śliczna, domki - urocze.
Do Sarajewa dojeżdżamy około 14.00, od razu wjeżdżamy do starego miasta i – o raju, ale sajgon. Wąskie uliczki są ściśle zastawione samochodami, pną się tak stromo pod górę, że można nimi jechać wyłącznie na jedynce, co chwila zaciągając ręczny. Nie wyobrażam sobie co się tutaj dzieje się, gdy spada śnieg i chwyta mróz. Znajdujemy informację turystyczną i załatwiamy parking dla samochodu i prysznic dla nas, a tymczasem idziemy na miasto na małe zwiedzanie. Jeszcze dziś chcemy wyjechać dalej za miasto.
Sarajewo
Sarajewo jest po prostu obłędne. Miasto ma jakby kilka warstw, nanizanych na nitkę niewielkiej rzeczki o nazwie Miljačka. Rzeka tworzy szeroką, ale długą dolinę łącząc się już za miastem z Bosnią. Warstwy Sarajewa przyrastały z kierunkiem biegu rzeki – na zachód. Wjeżdżając od wschodu trafia się więc najpierw do najstarszej dzielnicy, która pamięta jeszcze czasy panowania tureckiego. W jej centrum znajduje się Barszija – serce miasta i główny punkt odwiedzin turystów. Barszija to dawny targ, miejsce, gdzie swoje towary wykładali przybywający ze wschodu kupcy. Dziś pełne jest małych straganów, sprzedających chusty, dywany, torby, tkaniny – czyli to, co każdy szanujący się suk mieć powinien. Znakiem rozpoznawczym sarajewskiej barsziji są wyroby z metalu, dziś w dużej części są to pozostałe po wojnie łuski z orientalnymi, bośniackimi zdobieniami. Nie zabraknie też rozmaitych restauracji sprzedających čevapcici, pleskavicę i tym podobne. Warte zobaczenia są też meczety. Muzułmanki o słowiańskiej urodzie wyglądają dla nas dość egzotycznie. Ale musimy jechać dalej. Zostawiamy samochód na polu namiotowym (10 konvertibilnych marek za dzień), bierzemey prysznic (5 km/os.) wsiadamy na rowery i w drogę.
Wreszcie na rowerze
Wyruszamy późno, droga biegnie równolegle do Miljački i jest beznadziejnie szeroka. Miasto ciągnie się odsłaniając swoje kolejne oblicza: zaraz za starym miastem zaczyna się część secesyjna, potem pojawiają się nowoczesne biurowce, a na samym końcu ze zboczy gór wyrastają dobrze znane z relacji wojennych szare blokowiska. „Patrz, jak w Warszawie na Klaudyny” – mówię do Kuleczki, ale złudzenie podobieństwa szybko mija, gdy spomiędzy komunistycznych bloków groteskowo wyrastają minarety meczetów. Ściany okolicznych bloków upstrzone są odpryskami po kulach; tu i ówdzie pojawiają się większe dziury od wybuchów szrapneli, odkrywając puste jak oczodoły wnętrza pokojów. Tymczasem poniżej, na poziomie ulicy, jak gdyby zadając kłam świadectwu wojny, ludzie tłumnie zapełniają kafejki, spacerują wzdłuż ulicy, lansują się pędząc w kabrioletach i na motocyklach. A w tym wszystkim my…
Trudno jest wywalczyć swój kawałek asfaltu. Pod naporem klaksonów w końcu ustępujemy i zjeżdżamy na chodnik. Przez miasto jedziemy szerokim trotuarem, czekając, aż droga zrobi się węższa i bardziej przyjazna, jak ta, którą pamiętamy z trasy Belgrad – Sarajewo. Jednak nic takiego nie następuje – aż strach wjechać na ruchliwą autostradę. Niestety, wokół są same góry i żadna alternatywna trasa nie prowadzi do wybranego przez nas punktu. W końcu robi się ciemno. Pełni obaw o dalszą podróż postanawiamy znaleźć nocleg. Jesteśmy na zabudowanych domkami jednorodzinnymi przedmieściach, zaledwie 20 km od centrum Sarajewa. Nocleg na dziko nie wchodzi w grę, a hotel, jeśli jakiś byśmy tu znaleźli, na pewno jest dla nas za drogi.
Pierwsza gościna
Zjeżdżamy w bok do Blažej, i pytamy w pierwszym domu o miejsce na namiot w ogrodzie. „No problem! Kawa? Herbata? Coś do jedzenia? A może chcecie spać w domu, tu zimno?” dla takich chwil warto podróżować. Ostatecznie poprzestajemy na coli i rozbijamy się pod jabłonką. Trafiliśmy do jednej z najbogatszych rodzin w okolicy. Jeszcze przed wojną wyemigrowali do Niemiec. Tuż po wojnie, w 1998 roku, nasi gospodarze wrócili z niezłym zapasem gotówki, kupili kawał ziemi w miejscu, gdzie przed wojną było tylko pole i otworzyli sklep. W tym czasie wielu obwieściło koniec Sarajewa, uważając, że opustoszałe i zrujnowane miasto nigdy nie podniesie się po wojnie. Dziś mieszka tu ponad milion osób, większość napłynęła w ciągu ostatnich kilku lat. Trudno ocenić, czy znane z tolerancji, wielokulturowe miasto odzyskało swój dawny charakter, ale pewne jest, Bośniacy je uwielbiają. Przebojem tego lata jest piosenka „Sarajewo, Sarajewo”, leci z każdego głośnika po drodze.
Młoda Bośnia
Rolę naszego gospodarza pełni Rudi – młody chłopak uosabiający to, co można by nazwać „Młodą Bośnią”. „Ja lubię wszystkich, nieważne czy to Serb, Chorwat, czy Bośniak – nie robi mi to różnicy”. 14 lat i grafik dnia zapełniony od góry do dołu nauką i zajęciami sportowymi. On będzie robił swoje, wolny od doświadczeń wojennych. Ale już jego matka ma całkiem inne poglądy: „Serbowie wygnali nas z Trebinje, gdzie mieszkaliśmy przed wojną. Teraz miasto jest całe serbskie. Wszystko przez tych morderców Milšewicia i Karadzicia…”
Bilans dnia:
21 km (Sarajewo, Blažuj)
19.08.08
Ranek zaczynamy od sutego śniadania. Domowa kawa, świeżo wypiekany chleb, owczy ser, jajka i kajmak. No a przede wszystkim pełna szklanka rakiji. Tłumaczenie, że „prowadzę” nic nie daje – „Rower to przecież nie samochód!”.
Chrzest bojowy
Trochę bijemy się z myślami, ale obawy z dnia poprzedniego gdzieś się rozwiały. Damy radę. Faktycznie okazuje się, że zaraz za wsią droga rozwidla się i dalej jest już wąska. Można jechać, trzeba tylko trzymać się bliziutko pobocza, a słysząc ciężarówki lepiej całkiem zjechać na bok. Droga na początku nie wzbudza zachwytu, ale po kilku kilometrach zaczynają się piękne widoki na otaczające góry. Po lewej ciągnie się pasmo Bjelašnica – zimą miejsce wypadów Sarajewian na narty, latem oferujące miedzy innymi rafting Neretwą. Zanim dojedziemy do rzeki wspinamy się mozolnie na przełęcz Ivan Sedlo. To chrzest bojowy. Tuż pod przełęczą droga prowadzi wąskim, półkilometrowym tunelem. Trzeba wykazać się stalowymi nerwami i cierpliwie znosić ponaglające klaksony. Za tunelem rozpoczyna się długi, 10-kilometrowy zjazd do miasta Konjic. Przecinamy rzekę Neretew i dalej jedziemy już wzdłuż rzeki, która rozlewa się poniżej tworząc piękne jezioro (nazwa). Nie możemy oprzeć się widokowi niebieskiej wody i zjeżdżamy na plażę w Celebici.
Dolina Neretwy
Panuje tu iście nadmorski klimat – domy jak w Grecji wyrastają na stromym brzegu, a woda ma temperaturę jak może śródziemne. Po trzygodzinnym odpoczynku, kąpieli i pysznym obiedzie jedziemy dalej. Mijamy kilka tuneli i dojeżdżamy do Jablanicy. Dalej droga skręca na południe w stronę Mostaru; prowadzi dnem głęboko wciętej doliny Neretwy, wijąc się malowniczo pomiędzy skałami pasm Čvrsnicy i Prenja, których szczyty osiągają ponad dwa tysiące metrów.
Polacy? To swoi!
Pod wieczór zatrzymujemy się w G. Gabrovicy, tuż za wodną elektrownią. We wsi nie ma nic, poza kilkoma zabudowaniami, ale następna miejscowość jest dopiero za 8 kilometrów. To za daleko, żeby zdążyć przed zmrokiem. Pukamy do pierwszego domu. „Dobar dan, mi smo turisty, jedziemy do Mostaru, Medżugorjie…” Na hasło Medżugorie twarz gospodyni się rozpromienia: „Katolicy! Iż Polskjie! To swoi.” Trafiamy na religijną Chorwatkę. Namiot rozbijamy na polu z widokiem na dolinę. Bosko.
Bilans:
Dystans: 81 km
Czas: 4,36 h
Śr.: 17,6 km/h
20.08.08
Wstajemy o 8.00 po długich bojach z budzikiem. Pierwsze 20 kilometrów droga wije się wzdłuż rzeki odsłaniając kolejne widoki na szmaragdową wodę. Po kilku tunelach wyjeżdżamy na szeroką dolinę wokół miasta Potoči. Słońce zaczyna doskwierać, ale droga idzie dość płasko. Samochody jakby bardziej uprzejme, albo już się do nich przyzwyczailiśmy.
Guma
Gdzieś przy stacji wulkanizacyjnej łapię gumę. Od razu znajduje się przyjazny Bośniak (a może Chorwat?), który z ojcowską troską pomaga mi ją załatać. Jak większość ojców wie najlepiej, jak łata się dziury i wszystko robi sam, pozwalając mi i swoim synom przyglądać się z boku „fachowej robocie”. Wkłada dętkę w oponę, zanim klej na dobre chwyci. W rezultacie zaraz po jego odjeździe dętka nie wytrzymuje i powietrze schodzi z głośnym sykiem. Przeklinając nadmierną uprzejmą naklejam kolejną łatkę.
Chłodna grota
Ledwo dojeżdżamy do Mostaru, brudna łatka ponownie się odkleja. Kiedy ja zajmuje się wulkanizacją, Kluska coraz bardziej się niecierpliwi, mamrocząc mi nad głową „Ale duchota”. Wiem co się święci. Teraz wystarczy jedna malutka pomyłka w drodze a nerwowa sytuacja wybucha kłótnią. „Zagrzebała bym się jakiejś zimnej grocie…” – mówi Kluska. „Uhu… Trzeba natychmiast znaleźć cień, inaczej źle się to skończy”. Pod ciśnieniem palącego słońca przedzieramy się przez słynny mostarski most (Kluska nawet nie zerka), mijamy tłumy turystów i po wyślizganych kamieniach tarabanimy się pod parasol jednej z restauracji, która musi zastąpić wymarzoną chłodną grotę z cieknącym zimnym strumyczkiem. Zimny strumyczek natychmiast rekompensujemy sobie kuflem chłodnego piwa i nagle cud - kryzys odpływa w niebyt.
Mostar
Uzgadniamy z kelnerem, że możemy zostawić rowery w restauracji i ruszamy na zwiedzanie miasta. Daleki jestem od napisania „ochoczo”, ale jest w tym wyjściu doza ciekawości zmieszana z poczuciem obowiązku. Mostarska Čaršija jest typowym starym miastem, pełnym obcokrajowców; każdy tu zagaduje nas po angielsku. Meczet do którego wchodzimy funkcjonuje tu raczej w sposób symboliczny: nabożeństwa odbywają się tylko w piątki, na co dzień zaś jest płatnym muzeum. Podczas gdy Kluska muzułmańskim zwyczajem ucina sobie drzemkę na miękkim dywanie świątyni, ja wdrapuję się na minaret. Widok na miasto w pełni mnie satysfakcjonuje. Odnowiony 5 lat temu most świeci w słońcu białym kamieniem.
Trochę historii: Most został zburzony przez Chorwatów, zamieszkujących prawy brzeg Neretwy, zaraz po zakończonej ofensywie Serbów. To oni jako pierwsi zaatakowali miasto, które przed wojną zamieszkałe było przez muzułmańskich Bośniaków (lewy brzeg) i katolickich Chorwatów (brzeg prawy). Zniszczenie tureckiego mostu wpisanego na listę zabytków UNESCO uznano za symbol końca pewnej epoki. Epoki, w której w jednym mieście mogli w zgodzie mieszkać ludzie różnych wyznań tworząc tak zwaną cywilizację. Patrząc na tabuny anglojęzycznych turystów oraz podawane w Euro ceny, zastanawiam się, czy odbudowa mostu jest powrotem do stanu jedności sprzed jego zburzenia, czy też raczej symbolem nowego porządku, w którym główną rolę gra kapitał.
Wystarczy wystawić nos poza turystyczne stare misato, a natychmiast widać ślady niedawnej wojny. Wiele budynków nosi ślady kul, a niemal w samym centrum miasta wyrasta cmentarz – wszystkie daty śmierci na nagrobkach przypadają na pierwszą połowę lat 90. Turystów tu znacznie mniej niż na moście.
Droga do Medjugorje
Kiedy decydujemy się opuścić miasto jest już koło 18.00 - nasz pierwotny zamiar dojechania wieczorem do Medżiugorjie staje pod wielkim znakiem zapytania. Nie cierpię jeździć po zmroku, za to Jola, zdaje się to uwielbiać – powietrze wówczas robi się chłodne i jako tako znośne. Na szczęście droga do sanktuarium odbija od głównej arterii zmieniając się w cichą górską drogę. Zachód słońca zastaje nas we wsi przed Medżugorje. Po burzliwej dyskusji uzgadniamy, że zostajemy i szukamy noclegu. Swoim zwyczajem zagaduję mieszkańców mijanego domu, prosząc o nocleg w ogrodzie. „Ale do Medżugorjie jest tylko 10 km. Tam jest camping.” – usłyszeliśmy. Chcąc nie chcąc zapalamy lampki i ruszamy dalej. Na camping dojeżdżamy grubo już po dziesiątej.
Kurort maryjny
Pierwsze wrażenie jest takie, że miasto wygląda jak kurort maryjny. Wydaje się, że objawienie Maryi dosłownie spadło mieszkańcom z nieba – z czego skwapliwie skorzystali. Pełno tu otwartych do późna sklepów, kafejek, restauracji, no i pokoi do wynajęcia. Rozbijamy namiot na campingu, zastanawiając się, czy też doznamy objawienia.
Bilans:
Dystans: 68,16 km
Czas: 4,09 h
Śr: 16,42 km/h
Total: 170 km
21.08.08
Medjugoje - c.d.
Medjugorie całkowicie pozbawione jest zabytków, a jego położenie też nie należy do szczególnie atrakcyjnych turystycznie. Jego niezaprzeczalnym atutem jest coś co można by nazwać „turystyką religijną”. To co święte miesza się tutaj z biznesem do tego stopnia, że rodzą się wątpliwości, co było pierwsze: czy to przypadkiem nie biznes kreuje świętość. Kościół świętego Jakuba to punkt centralny miasta, tu zbiegają się wszystkie uliczki zapełnione sklepami z dewocjonaliami: figurkami Maryi, różańcami, świętymi obrazkami… im bliżej kościoła tym bardziej kolorowo. Sam kościół jest doskonale zorganizowaną instytucją dostosowaną do potrzeb wielotysięcznej rzeszy pielgrzymów. Msze odbywają się w kilku językach. Obok kościoła stoją ustawiony jest rząd konfesjonałów, przypominający – nie da się odeprzeć tego wrażenia – tojtoje na koncertach. Tak jak fani opróżniają swoje pęcherze aby móc w spokoju oddać się kultowi swojego idola, tak tu wierni czyszczą swoje sumienia, by w pełni uczestniczyć w odnawiającym się cudzie Medjugorie. Każdy konfesjonał obsługuje grzechy wyznawane w innym języku. Za kościołem znajduje się przeznaczona na specjalne uroczystości scena – ołtarz, otoczona ławkami zdolnymi pomieścić kilka tysięcy osób. Tuż za nią ciągnie się aleja – będąca drogą krzyżową. Obok niej stoi oryginalny posąg ukrzyżowanego Chrystusa. To ważny punkt pielgrzymki – wierni stoją w kolejce do posągu, by otrzeć zranione kolano chrystusowe (oczywiście specjalnie do tego celu zakupionymi chusteczkami, które skrupulatnie składają i zabierają ze sobą.
Podbrdo - góra objawień
Jednak gwoździem programu Medjugorie jest góra objawień Podbrdo. To w tym miejscu w 1981 roku sześciu dzieciom objawiła się matka boska: piękna, 20-letnia dziewczyna, o 165 cm wzrostu i wadze 60 kg, miała czarne włosy, niebieskie oczy i ubrana była w długą błękitną suknię (dziś postać ta jest symbolem Radia Maryja). Niektórym z dzieci (dziś to ponad 30 letnie kobiety) matka boska objawia się od tamtej pory nieprzerwanie do dziś. Dom jednej z nich - Vicki Ivanković znajduje się niedaleko podyrda. Vicka miewa widzenia codziennie o 18.00. wokół jej domu gromadzą się pielgrzymi, chcący usłyszeć treść objawienia, albo poprosić kobietę o wstawiennictwo u młodej matki boskiej. Vicka, jak większość dzieci z Medjugorje, wyszła za mąż i urodziła dzieci. Droga na górę objawień „Podbrdo” to istna golgota. Wspinają się na nią, bez względu na skwar i brak cienia ludzie wszystkich ras i narodowości. Jest wśród nich wielu niepełnosprawnych, dla nich wybieranie drogi między ostrymi kamieniami jest szczególnie trudne. Wiele osób poddaje się i rezygnuje przed szczytem. Ci, którym udaje się dojść do figurki matki boskiej, spędzają tam długie chwile na modlitwie. Przy figurce pielgrzymi mają zwyczaj zostawiania podziękowań na karteczkach, niektórzy umieszczają je na kamiennych tabliczkach.
Nieznana Chorwacja
Z Medjugorje wyjeżdżamy późno z zamiarem dojechania nad morze. Droga szybko prowadzi nas do głównej szosy wzdłuż Neretwy, która w tym miejscu jest już dostojną, szeroką rzeką. Niestety na tyle brudną, że nie nadaje się do kąpieli. Granicę z Chorwacją przekracamy w Metković i jest to czysta formalność. Żałujemy tylko, że nasze paszporty nie wzbogaciły się o kolejne pieczątki. Zaraz za Metković zjeżdżamy z głównej drogi, aby po kilku kilometrach znów przekroczyć granicę i wjechać do Neum – jedynego bośniackiego miasta na 15-kilometrowym nadmorskim odcinku. Droga, którą wybraliśmy jest bardzo wąska i prawie bez ruchu. Zaczynamy zastanawiać się, czy przejście graniczne, do którego prowadzi jest otwarte. Jedziemy przez przygraniczne wioski chorwackie, wzdłuż szerokiego błotnistego rozlewiska, otoczonego wysokimi zboczami gór. Jesteśmy oczarowani Chorwacją, której nie znajdzie się w folderach biur podróży. Mijamy małe ciche wioski pełne kobiet w czerni i wieśniaków spokojnie sączących kawę w przydrożnych barach. Wydaje się, że trafiliśmy do prawdziwej krainy obfitości. Chociaż spokojne wioski nie są bogate a domy często zbudowane są ze zwykłego betonu, to otacza je wielka obfitość roślinności: mijamy pola pełne winogron, fig, granatów, śliw, dyń i innych owoców, których nawet nie jesteśmy w stanie nazwać.
Granica - niegranica
Po ok. 20 kilometrach opuszczamy dolinę i powoli zaczynamy wspinać się na graniczną przełęcz Brestica. Z góry jezioro wygląda jak wysokogórski staw. Po wyczerpującej wspinaczce docieramy do granicy dopiero po zmierzchu. Na szczęście jest otwarta. Dwóch celników właśnie je kolację. Nawet nie chcą spojrzeć na nasze paszporty. „We trust you”. To najpiękniejsza granica jaką udało mi się przekraczać. Z zapierającym dech widokiem, pogranicznikami wierzącymi w dobre intencje podróżnych i jakby mimowolnie kwestionujących potrzebę istnienia własnego zawodu.
Do bośniackiego morza
Z granicy do Neum jest już tylko 6 km. Jednak droga wciąż ciągnie się wśród wysokich wzgórz. Jedziemy całkiem po ciemku, lampki zapalamy tylko dla siebie, bo i tak nikt tu nie jeździ. I nagle zza góry wyłaniają się światła miasta i pojawia się morze. Kontrast z ciszą wokół jest oszałamiający, aż nie chce się zjeżdżać w dół.
Kamping w Neum jest dziwny. Trudno go znaleźć jadąc z naszej strony, bo znaki informacyjne ustawione są frontem do turystów jadących pod górę, główną arterią nad Adriatykiem. Widać już tu ciśnienie na kasę. Nikt sobie nawet nie zadał trudu by wstawić drzwi w toaletach, a ceny są dwa razy wyższe niż w Medjugorje. Dla większości osób podróżujących wzdłuż wybrzeża Chorwacji i tak jest tu tanio. My jednak zdecydowanie odradzamy – i żałujemy, że nie zostaliśmy na nocleg w górach.
Bilans:
Dystans: 67,6 km
Czas: 4,30 h
Śr: 15,02 km/h
Total: 237,6 km
22.08.08
Neum
Neum to mało ciekawe, nowoczesne miasto, będące głównym punktem wypadowym dla Bośniaków, których nie stać na pobyt w drogiej Chorwacji. Morze przypomina tu raczej olbrzymie jezioro, albo fiord, widok na pełne morze zamknięty jest półwyspem Klek a nieco dalej następnym o nazwie Plješac. Dzięki niemu w zatoce woda ma ponoć najwyższą na całym Adriatyku temperaturę i można kąpać się tutaj przez 8 miesięcy w roku.
Jadranska cesta
Miasto jest typowym wczasowiskiem, nie ma tu ani portu rybackiego ani tym bardziej wojskowego, bowiem Bośnia nie posiada własnej floty. Bez żalu opuszczamy je ranem, kierując się Jadranską cestą do Dubrownika, jest to główna droga łącząca główne miasta na wybrzeżu chorwackim. Oprócz pięknych widoków, charakteryzuje się też dużym ruchem (w tym także samochodów o obcych rejestracjach) oraz dużym nagromadzeniem przydrożnych nagrobków. Jednak to nie kierowcy i piraci drogowi są naszą największą zmorą, lecz temperatura dochodząca do 36ºC w cieniu. Jedziemy dosłownie od cienia do cienia, z ulgą przyjmując fragmenty drogi biegnące w dół, kiedy rozgrzane powietrze w ułamku sekundy wysusza nasze przepocone koszulki. Co chwila zatrzymujemy się na picie nie odpuszczając żadnemu przydrożnemu sklepowi. Przejście graniczne jest znów nic nie znaczącym epizodem. Dużo większe wrażenie robi na nas przydrożna budka ze świeżymi, dopiero co złowionymi ostrygami i małżami. Decydujemy się na jedną porcję – wysysamy małże wprost z muszli. Czemu one takie słone? Przesoliła! Nie. To woda z morza…
Chorwaccy rowerzyści
Po 30 kilometrach mamy dość. Słońce stoi wysoko, jakby ktoś zawiesił je nam na złość na jakimś nieruchomym haczyku. Cyprysy owszem ładne, ale cienia nie dają. Odpuszczamy i postanawiamy przeczekać nad morzem. Na plażę zjeżdżamy w Slano. Co za ulga. Chłodne piwo, chłodna woda, chłodny cień. Na szczęście ludzie ciepli. Poznajemy trójkę rowerzystów – dwoje Chorwatów i Słoweniec, którzy już prawie miesiąc szlajają się na tej nadmorskiej trasie. Zapraszają nas na wspólny nocleg w górach na dziko (przy okazji dowiadujemy się, że to w Chorwacji nielegalne, jednak nasi znajomi studenci mają na to specjalne pozwolenie pod pretekstem badań biologicznych). To bardzo ponętna propozycja, jednak pełni wątpliwości odmawiamy. Do Dubrownika mamy zaledwie 30 km. A urlop nieubłaganie się kończy.
Do Dubrownika
Zawzięcie pedałujemy. Słonce przestało doskwierać, ale robi się ciemno. Do Dubrownika wjeżdżamy już po ciemku. W dodatku zjazd z „szosy adriatyckiej” pomyślany jest tak, że trzeba przejechać pół miasta, aby trafić do centrum. W końcu docieramy do kampingu Solitudo. To wielki kombinat o olbrzymim areale, goszczącym turystów samochodowych i hałaśliwych backpackersów. Kiedy poznajemy cenę (50 zł/os.) zaczynamy załować, że nie skorzystaliśmy z propozycji Chorwatów.
Bilans:
Dystans: 75,45 km
Czas: 4,53 h
Śr: 15,45 km/h
Total: 313 km
23.08.08
Dubrownik
Dziś wypoczyn. Słońce wygania nas z namiotu, ale nie przeszkadza nam to spać, przenosząc karimatę za cieniem drzew, wylegujemy się do 13.00 kiedy nadchodzi check out. Pakujemy się i na rowerach podjeżdżamy na pobliską plaże. Dopiero koło 16.00 udaje nam się dotrzeć na stare miasto. Rowery przypinamy do barierki przy wejściu, zostawiając przy nich sakwy z ubraniami. Mamy nadzieje, że nikt się na nie nie połasi.
Średniowieczne miasto Dubrownik to bodajże jedyne miejsce w Europie, gdzie zachowały się w całości wysokie otaczające je mury warowne. Tym większe było wzburzenie całego świata, gdy w 1991 roku jugosłowiańska armia zaczęła jego ostrzał. Dziś poza tablicą dokumentującą zniszczenia nie ma po nich śladu. W średniowieczu Dubrownik był oddzielnym państwem – podobnie jak włoska Wenecja czy Florencja stanowił republikę – bogatą enklawą kupiecką na Adriatyku. Stąd przewożony był towar w głąb Europy, m.in. przez Bośnię. Dziś Dubrownik to jeden z najważniejszych celów turystyki europejskiej, a menu tutejszych restauracji sporządzane jest w kilku językach świata, w tym także po polsku. Swoja sławę Dubrownik wykorzystuje w pełni maksymalnie windując ceny. Dlatego postanawiamy opuścić miasto w poszukiwaniu tańszego noclegu na wschodzie.
Do Czarnogóry
Jedziemy w stronę Czarnogóry. Jednak dziś nasza jazda trwa wyjątkowo krótko. Po 9 km zatrzymujemy się na przyjemnym domowym kampingu Agawa w miejscowości Kupari. To typowy kurort – dla tych, których zmęczyło zwiedzanie i drożyzna Dubrownika oraz dla poszukiwaczy plaż – w sam raz. Cena na kampingu wynosi 90 kun, czyli ponad 50% mniej niż w dubrownickim Solitud.
Bilans:
Dystans: 16,57 km
Czas: 1,25 h
Śr: 11,7 km/h
Total: 330 km
24.08.08
Budzik dzwoni od 6.00. w końcu po pół godzinie wygrywa – wstajemy. Musimy zdążyć w dwa dni dojechać do Podgoricy, skąd chcemy dostać się do Sarajewa pociągiem.
Spotkania na drodze
Kierujemy się główną drogą do Herceg Novi. Do granicy jest jakieś 25 km. Jest przyjemnie, od Ciupi, gdzie nad głową latają nam samoloty (w pobliżu jest lotnisko obsługujące Dubrownik), droga wcina się w głąb lądu. Znikają kurorty. Spotykamy dwóch rowerzystów. Jeden to Niemiec – towarzyszy nam aż do granicy. Mijamy się co chwila ucinając krótkie pogawędki. Po kilku spotkaniach przyzwyczajamy się do jego buddyjskiej koszulki i niemieckiego akcentu, oraz śmiesznej nieporadności, graniczącej z naiwnością. Drugi to Szkot. Jedzie do Dubrownika z Podgoricy, gdzie robił interesy i teraz ma kilka dni wakacji. Ma niesamowity rower – rzadka konstrukcja składaka na 18-calowych kołach, o ażurowej ramie przypominającej wczesne konstrukcje samolotów.
Styl oblężniczy vs. alpejski
Obaj rowerzyści zwracają uwagę na nasz bagaż, który jest po prostu olbrzymi. Sam nie wiem jak to wytłumaczyć, ze wstydem przyznaje, że lubię mieć wszystko przy sobie. Io choć właściwie wydaje mi się, że w moim bagażu nie ma rzeczy zbędnych, to faktycznie wygląda na stanowczo za duży. To chyba jest w ogóle przypadłość Polaków. Polskiego backpackersa zawsze łatwo poznać po olbrzymim plecaku z przytroczonym namiotem, karimatą, obowiązkowo kubkiem a czasem jeszcze suszącym się ręcznikiem i butami. Podróżujemy zdobywając kolejne kraje w stylu oblężniczym, gotowej w każdej chwili i w każdym miejscu rozbić obóz i przetrwać we wrogim i drogim obcym kraju. Może już pora, żeby przerzucić się na styl alpejski, z kartą kredytową w portfelu zamiast namiotu?
Na granicy omijamy sznur samochodów i patrzących spode łba kierowców. Wyższość roweru widać jak na dłoni.
Przesilenie
Pierwsze duże miasto na turystycznym wybrzeżu Czarnogóry – Herceg Novą – chcemy minąć i zatrzymać się w jakimś cichym miejscu nad morzem. Niestety pojawia się pierwsze przesilenie dzienne. Słonce i Duzy ruch na drodze wkurzają tak, że nie da się jechać. Przeczekujemy w barze chłodząc się zimnym piwem. To taka namiastka hibernacji.
Czarnogórskie wybrzeże
Po południu ruszamy dalej. Wybrzeże jest wciąż wielkim turystycznym kurortem, jednak miasteczka w porównaniu z Chorwacją są bardziej zakurzone i swojskie. Linia brzegowa jest coraz ciekawsza, wjeżdżamy bowiem w ciąg czarnogórskich zatok. W dali, na drugim brzegu wyrastają majestatyczne szczyty. Im dłużej im się przyglądamy tym większą mamy pewność, że właśnie tamtędy będzie biegła nasza trasa. Już za Bijelą, w Kamenari skręcamy na przystań promową i przepływamy przez wąski, oddzielający wewnętrzną zatokę przesmyk do Lepetani. Tu skręcamy w lewo do Kotoru, opuszczając główną drogę. Kolejne 16 km. To jedno z najpiękniejszych wybrzeży jakie widzieliśmy. Droga jest tu tak wąska, że samochody aby się minąć muszą zjeżdżać na pobocze (jeśli akurat jest). Z jednej strony droga stanowi brzeg morza, z drugiej ograniczają ją przylepione do stromego zbocza kamienne budynki. Gdzieniegdzie wyrastają kilkusetletnie cerkwie. Jedziemy tak wprost do Kotoru, który stanowi ukoronowaniem drogi.
Kotor
To stare, średniowieczne miasto portowe pamiętające jeszcze czasy Bizancjum. Nad miastem, jak orle gniazdo, wysoko w górach zbudowana jest twierdza. Miasto porównać można do takich bizantyjskich pereł jak Monemwazja na Peloponezie. Otoczone wysokim murem wąskie uliczki wypełniają kamienice o ciemnozielonych okiennicach. Warto odwiedzić którąś z cerkwi i zasmakować atmosfery wschodniego kościoła. Po chwili odpoczynku decydujemy się wziąć byka na rogi –góra nad naszymi głowami nie pozwala nam o sobie zapomnieć.
Jakim cudem 900 m = 24 km?
Późnym wieczorem, dobrze po szóstej zaczynamy mozolną wspinaczkę. Jedziemy starą austriacką drogą do Cetinje, byłej stolicy królestwa Czarnogóry. Przed nami stroma przełącz na wysokości ponad 900 m. npm. Mimo wysokości droga jest bardzo wygodna. Od eksponowanej strony wykończona niskim murkiem, pamiętającym jeszcze czasy Austrowęgier. Jednak najcenniejsze w tej drodze jest jej doskonałe wręcz wyprofilowanie, dzięki czemu wysokość uzyskuje się stopniowo, powoli, bez zadyszki. To, co jest jej największą zaletą, jest też równocześnie największą wadą: droga ciągnie się koszmarnie długo – 24 km. Początkowo zachwycają nas odsłaniające się kolejne piękne widoki, ale wkrótce słońce zachodzi. Widać trylko małe punkciki miasta i… strzały z kałasznikowa. Tłumaczymy sobie, że bałkańskim zwyczajem ktoś świętuje narodziny potomka. Po 3 godzinach mamy dość., jedziemy już po omacku. Postanawiamy rozbić się na nierównym poletku – jedynym poziomym skrawku koło drogi. Zasypiamy od razu nie zwracając uwagi na odgłosy zwierząt podchodzących do namiotu.
Bilans:
Dystans: 91,15 km
Czas: 7 h
Śr: 13,02 km/h
Total: 421 km
25.08.08
Kiedy otwieramy namiot wiemy, czego się spodziewać, ale i tak jesteśmy zaskoczeni. Wbiliśmy się na prawie pionową górę! Przed nami olbrzymia przestrzeń. W dole Kotor i jak na dłoni cała wczorajsza droga. Nad głowami niebo zasnute chmurami. Powietrze przypomina wczesną jesień w Tatrach. Z przyjemnością zakładamy długie rękawy, długie spodnie i nawet – tu posuwam się za daleko w optymizmie – po raz pierwszy na wyjeździe kryte buty. Po kilkuset metrach ostatnie spojrzenie na morze i przebijamy się na drugą stronę przełęczy.
Pršut i inne przysmaki
Dalej droga schodzi nieco w dół do szerokiej kotliny leżącej na granicy narodowego parku Lović. Po naszej prawej wyrasta objęty ochroną szczyty sięgające ponad 1700 m npm. Z ulgą zostawiamy je z boku zjeżdżając wijącą się drogą do położonej w dolinie wsi. W co drugim domu sprzedają tu domowej roboty pršut, czyli lokalną wędzoną szynkę, ser, wino, rakiję i miód. Nie mogę się oprzeć. Gospodyni zaprasza nas do wędzarni i odkraja kawał szynki wprost z wielkiej świńskiej nogi wiszącej pod dachem wędzarni. Jeszcze nalewamy wina do butelki i coś ekstra – maleńka buteleczka rakiji. Ciemne mięso na pewno nie zepsuje się aż do polski, ale wino, trzeba wypić jak najszybciej, żeby nie skwaśniało.
Lekcja hostorii
We wsi zwiedzamy przydrożny cmentarz. Oglądamy zdjęcia na nagrobkach – królują wąsaci panowie oraz ubrane na czarno Panie z początku wieku. Dla nas to niezła lekcja historii ubioru i mody.
Za wsią droga znów wspina się do góry, na wysokość ponad tysiąca metrów. Podjazd pokonujemy z łatwością. Potem czeka nas już tylko zjazd.
Cetinije – czy to była stolica?
Docieramy do Cetinje. Gdyby nie znak informujący, że miasto było kiedyś stolicą królestwa Czarnogóry trudno byłoby się tego domyślić. Miasto ma niewiele zabytków, a główna ulica jest zakurzonym prowincjonalnym deptakiem. Drogowskaz pokazujący największe europejskie galerie, takie jak Ufizzio, Venezia, Ermitaż wzbudza tylko lekki uśmiech.
Do Podgoricy
Za Cetinje droga do Podgoricy łączy się z główną drogą z Budry. Znów trzeba uważać na jeżdżących jak piraci Czarnogórców. Co chwila wyprzedzający z naprzeciwka dają nam jednoznacznie znaki długimi: „Zjeżdżajcie na pobocze!”. Na szczęście większość trasy biegnie w dół.
Po 38 kilometrach dojeżdżamy do Podgoricy. Miasto po trzęsieniu ziemi jest całkiem pozbawione zabytków. Szybko zwiedzamy miasto: nowa zabudowa nas nie przekonuje. O 22.30 odjeżdżamy autobusem do Sarajewa (17,5 EUR/os.), gdzie czeka na nas (mamy nadzieję) nasz samochód.
Bilans:
Dystans: 80,65 km
Czas: 3,47 h
Śr: 16,76 km/h
Total: 502 km
Trasa całego wyjazdu:
Samochód:
Warszawa – Sarajewo – Warszawa: 2710 km
Rower:
Sarajewo – Mostar – Medjugorje – Dubrownik – Kotor – Cetinje – Podgorica: 502 km