Klusky

Site menu:

Archives

Meta

MAROKO 2008

Maroko Salam!

Wyprawa rowerowa od Morza Śródziemnego, wzdłuż Atlasu po Atlantyk.

1200 km, trzy tygodnie.


Wyświetl większą mapę

droga w sandalach

22.04.08.
Widzę ciemność
Pierwsze kroki w Afryce stawiam w Mellili, ale to Afryka trochę oszukana. Gdyby uśpiono mnie w znienacka Maladze i ze snu obudzono w Mellili, - daję słowo, nie rozpoznałbym, że znajduję się na innym kontynencie. To hiszpańskie, objęte strefą wolnocłową miasto stanowi ostatni przyczółek europejskiego handlu na południowym wybrzeżu morza śródziemnego. Prawdziwa granica z Afryką zaczyna się nieco dalej, kilka kilometrów na południe. Zbliżając się do niej podróżny musi mieć niemiłe wrażenie, że zgubił gdzieś drogę i brnie teraz niebezpiecznie w ślepy zaułek zakazanego rewiru miasta. Niepostrzeżenie robi się coraz ciemniej, aż światło latarni niemal całkiem gaśnie. Ulica zaczyna przypominać szwajcarski ser, a zamiast bogatych witryn sklepowych pojawiają się obdrapane mury podpierane przez podejrzanych typków o ciemnej cerze. Aż w końcu ulica kończy się przegrodzona bramą zwieńczoną pąkami drutu kolczastego. Obok niej mała budka otoczona tłumem mężczyzn. Przeciskam się przez tę ciżbę, nieco oszołomiony odbieram paszport, naciskam pedały i lecę dalej w ciemność. Tak zaczyna się moje Maroko.

Ciemność jest dosłowna ale ma też i wymiar symboliczny: podróż po Maroku jest pierwszym moim samotnym wyjazdem. Trochę boję się tej samotności. Pierwsze marokańskie 13 kilometrów do Nadoru zaczynam dobrze po 22.00, jadąc po nieoświetlonej szerokiej drodze. O dziwo, Marokańscy kierowcy są bardzo uprzejmi, omijają mnie szerokim łukiem, ja zaś omijam pobocze, na którym co jakiś czas, nie wiadomo skąd wyrastają pod kołami roweru groźne bloki betonu.

23.04.08.

Nador to niewielkie miasto - można zwiedzić je zaledwie w godzinę. Widać, że ma pieniądze na inwestycje. Całe jest rozkopane: nad morzem budowane są bulwary a w centrum promenada. Ludzie tu żyją głównie z handlu z pobliską Melillą. Nie wiele jest tu do zobaczenia, no może poza ciastkarniami i piekarniami… Próbuję. Chleb – okrągły i płaski – jest pyszny. Ciastka raczej na francuską modłę – croissanty itp. Palce lizać! Szybkie śniadanie i wsiadam na rower.

Droga początkowo szeroka i z dużym ruchem za Mont Aroui zmienia się wąską jednopasmówkę. Przede mną skręt w na południe i około 60 kilometrów lokalną drogą przez wschodnie pasma gór Rif. Z mapy niewiele mogę wyczytać – poza tym, że przyjdzie mi zmierzyć się z kilkoma przełęczami, a okoliczne góry osiągają wysokość 1000 m npm. Kompletnie nie wiem, czego się spodziewać. Kupuję więc kilka butelek wody – bo wygląda na to, że niewiele po drodze będzie wiosek.

p42300271

Słońce grzeje niesamowicie, ale ten pierwszy dzień pokonuje z pasją nowicjusza. Teren jest pustynny. Ani grama cienia. Z przyjemnością patrzę, jak abstrakcyjna nitka drogi na mapie wprost na moich oczach nabiera konkretnego i namacalnego kształtu. Czasem pojawia się jakieś pole. Czasem zabudowanie. Podjeżdżając i zjeżdżając na przemian, mijam całkiem sporo ludzi. Wszyscy pozdrawiają mnie, wyciągając kciuki i krzycząc coś po francusku. Niektórzy nawet biją brawo. To miłe. Daje energię, żeby jechać dalej.

Kif

W pewnym momencie mijam uśmiechniętego czarnoskórego chłopaka. Coś do mnie mówi, więc zwalniam, by go wysłuchać. Nagle chłopak łapie mnie za ramię i wyciąga z za siebie dłoń ze strzykawką. Ostra igła zmierza niebezpiecznie w moją stronę. Nie czekam na wyjaśnienia. Moje ciało dostaje swój własny zastrzyk adrenaliny, wyrywam się z jego uścisku i z całej siły naciskam na pedały. Uff. Został w tyle. Co to było? Góry Rif to zagłębie produkcji kifu, czyli haszyszu, o który w Maroku jest wyjątkowo łatwo. Zdarza się, że policjanci urządzają łapanki na turystów z niewielką ilością narkotyku. W ramach takiej pokazowej akcji można trafić do marokańskiego więzienia nawet na kilkanaście lat.

Za wsią Saka u podnóży Jbel Masgout (1839 m npm) droga szybko schodzi w dół. Zjeżdżam aż do pustynnego wywłaszczenia, gdzie tuż przed zmrokiem rozkładam namiot. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że przez cały dzień prawie nic nie piłem. Nie chce mi się jeść. Wyczerpany zasypiam natychmiast.

24.04.08.

Rano odwiedza mnie dwóch Marokańczyków. Są ciekawy, kto rozbił się na pustyni. Częstuję ich kawą i papierosami. Dogadujemy się choć nie mówimy żadnym wspólnym językiem. Jadą stopem do pracy w Guercif. Będą tam pewnie szybciej niż ja.

Szkoła przetrwania na marokańskiej drodze

na drodze

Za Guercif góry się kończą, ale droga wcale nie robi się lżejsza. Jest coraz większy ruch. Nie mam wyboru - muszę jechać główną drogą łączącą Algierię z Fez. Ciężarówki już nie są tak uprzejme, ale i tak nic nie przebije autobusów. Uczę się nowego alfabetu: jeden, krótki klakson to radosne pozdrowienie, oznaczające, że jadący z tyłu widzi cię i zamierza ominąć szerokim łukiem. Niestety, to zdarza się rzadko. Najczęściej rozlega się głośne i długie trąbienie, które przywołuje niepokornego rowerzystę do porządku. Nie ma się co łudzić – w ekosystemie użytkowników drogi jestem ostatnim, najniższym ogniwem. Jeśli w porę nie zjadę na pobocze to… no, po prostu sam nie wiem. Myślę, że kierowcy też nie wiedzą i nawet o tym nie myślą – dla nich po prostu tak to działa: oni trąbią i jadą dalej, nawet nie korygując drogi, a to ty masz sam zadbać o to, żeby nic ci się nie stało.

Jest chyba jeszcze bardziej gorąco, a okolice jeszcze bardziej pustynne niż wczoraj. Skwar osiąga swoje apogeum pod miejscową pocztą w Taddert. Siadam na rower, a tu flak. Rozglądam się dookoła i już widzę, jak z przystanku obserwują mnie zadowoleni nastolatkowie. „Acha. Na pewno wbili nóż w oponę, albo wykombinowali coś równie pociesznego.” – myślę sobie. Ale przecież nie mam żadnych dowodów. Zabieram się do naprawy i natychmiast jest mi wstyd, za moje podejrzenia. Okazało się, że w tym skwarze po prostu odkleiła się stara łatka.

Naprawa

Od razu pojawia się przy mnie kilku asystentów. Przede wszystkim dzielnie towarzyszy mi pan z poczty. Trzyma koło, sprawdza jego twardość i doradza cmokając. Za chwilę nie wiadomo skąd pojawia się drugi asystent - do doradzania, i jego córka – do patrzenia. Pot zalewa mi oczy, najchętniej położyłbym się w cieniu i napił zimnego piwa, ale trzeba trzymać fason. Więc pompuję. Zaklejam. Pompuję. Sprawdzam. No nie! Kolejna dziura! W końcu udaje się: wsiadam na rower: „Goodbye my friend!”Odjeżdżam kilkanaście metrów z ulgą zatrzymuję się w najbliższym barze. A tam jamajka.. Dwóch małoletnich sprzedawców, leży na fotelach w cieniu, odwija z folijki zioło i nabija faję! „You want some?” Czy ja nie pomyliłem krajów? Nie. Nie… To nie cofee shop, lecz zwykły marokański przydrożny bar.

Pierwsze miasto - Taza

Pod wieczór dojeżdżam do Tazy i znajduję przyjemny, chłodny hotelik w Medynie. Nie ma w nim prysznica ale, kiedy prowadzący go Marokańczyk informuje mnie, że tuż obok jest hamman, nie namyślam się długo. W końcu 40 dirhamów za noc to nie majątek (około 12 zł). Znam hammamy z wizyt do innych krajów muzułmańskich i jestem ich zagorzałym fanem. Nic tak nie odświeża jak wizyta w tym przybytku czystości. Czym prędzej gnam tam z ręcznikiem i co widzę? Hamman zamknięty na trzy spusty. I to od kilku lat! Ale co tam, nic nie zepsuje mi humoru.

Wchłaniam atmosferę medyny, nie wiedząc, że to jedno z niewielu miast na mojej trasie, gdzie nie dotarli jeszcze turyści. Do Maroka wjeżdżam bowiem nietypowo, od kuchni, omijając utarte turystyczne szlaki oblegane przez backpackersów z Lonely planet pod pachą. Spacerując po małych uliczkach trafiam do meczetu. W Maroku niewierni nie mają wstępu do świątyń, więc pytam grzecznie jednego sympatycznego grubaska czy mogę wejść. Potakuje twierdząco, więc zdejmuję buty i włażę. Stoję chwilkę, przypatruję się z boku, aż tu nagle przyczepia się jakiś chudzielec w kapturze. Piekli się strasznie i o coś wypytuje. Udaję, że nie wiem o co mu chodzi, ale kiedy pokazuje mi wyjście gra się kończy. Wychodzę pokornie.

25.04.08.

Droga z Tazy do Fezu jest długa i nużąca. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie pokonać jej pociągiem, ale szybko rezygnuję. To jednak byłaby zdrada.

Zauważam, że samotne podróżowanie skłania do większej dyscypliny. Wcześniej, nigdy nie udało mi się wyjechać o ósmej rano. Tym razem wstaje wcześnie i o 13.00 mam już połowę drogi za sobą. Ale im bliżej Fezu tym gorzej. Kolejne wzniesienia i żar niemiłosierny. Leje się ze mnie jak w saunie. Na trzeci dzień wszystko zaczyna boleć. Żołądek też chyba dopiero teraz zaczął dostosowywać się do tutejszej diety. Przestałem się wygłupiać i zacząłem pić jak miejscowi zwykłą kranówę, którą podają w barach do kawy lub herbaty.

wreszcie zjazd

Kryzys przed Fezem

Po ponad 120 km pojawia się Fez - cały położony na wzgórzach. Żeby dostać się do dzielnicy Villa Nouvelle, muszę jeszcze ostro pedałować pod górę. Ale właśnie wtedy stwierdzam, że kompletnie nie mam już na to sił. Przeraziłem się nawet, bo nagle mimo upału zacząłem odczuwać lekkie dreszcze i chłód. Pomyślałem nawet, że może być to udar słoneczny. Dopiero wtedy stwierdziłem, że zupełnie zapomniałem o jedzeniu. W tym upale w ogóle nie chce się jeść, więc całą drogę przejechałem tylko pijąc wodę. Wyciągam kawałek suchego już chleba i zaczynam go systematycznie przeżuwać. I nagle cud. Czuję dosłownie, jak z każdym kęsem powracają do mnie siły.

Fez – turystyczna cepeliada

Pierwszy hotel w Fezie, jest koszmarnie drogi i ma pchły. 100 dh po stargowaniu ze 140, za jedynkę. Jutro poszukam sobie innego, ale na razie nie mam już na to siły.

26.04.08 - 27.04.08

fabiarnia w FezFez to jedna z większych atrakcji turystycznych Maroka. Jest tu chyba największa medyna, kilka medres, muzea i tłum turystów. No i oczywiście wszystko to, co wiąże się z turystycznym biznesem w Maroku: naganiacze, fałszywi przewodnicy i naciągacze. Wszyscy oni, jak rój much otaczają turystę oferując mu najtańsze, ba! darmowe nawet usługi – każdy ma ojca, wujka, kuzyna, którego sklep chętnie Ci pokaże. Po chwili uczę się z nimi postępować – nie zwracać uwagi na zaczepki, nie wdawać się w rozmowy po angielsku, iść zdecydowanie, sprawiając wrażenie, że wie się dokąd. Cały ten turystyczny harmider sprawia, że bardzo trudno jest w spokoju nasycić się miastem, a jego zachwalana średniowieczna atmosfera istnieje już chyba tylko w opisach w przewodniku.

Choroba

Niestety osłabienie po podróży do Fezu nie przeszło całkiem niezauważalnie. Zmniejszona odporność musiała spowodować, że złapałem jakąś chorobę. Gardło boli na maksa, z nosa leje się woda, a morale leży i kwiczy. W takim stanie nie chce się nigdzie jechać. Przeczekuje dzień w Fezie i kiedy nieco się polepsza decyduję się na szybki dojazd do Meknes. To tylko 60 km, ruchliwej ale dość płaskiej drogi, więc daję radę.

28.04.08 - 29.04.08

Meknes

Meknes zaskakuje mnie swoją przestrzenią. W centrum medyny znajduje się wielki Place El-Hedim. Na co dzień okupują go kolorowe trupy teatralne i cyrkowe, sprzedawcy rozmaitych eliksirów, zaklinacze węży i stragany z żywnością. Kiedy trafiam tam późnym wieczorem jest cały wypełniony czekającymi na coś ludźmi. Siadam koło nich i również czekam patrząc na oświetloną scenę po środku placu. Czekanie to jedna z bardziej przydatnych umiejętności w Afryce. Obok mnie czekają notable, miejscy urzędnicy, biznesmeni i zwykła biedota. Turystów czeka niewielu. W końcu spektakl się zaczyna. Najpierw wychodzą muzycy berberyjscy - w długich kolorowych szatach, z warkoczykami na głowie. Jak szaleni uderzają zakrzywionymi, drewnianymi pałkami w wielkie bębny. Muzyka jest transowa i porywa publiczność. Następnie pojawiają się miejscowi muzycy arabscy w tradycyjnych białych, długich szatach. Ci też mają bębny, w dodatku przygrywają sobie na trąbkach i śpiewają. Jeden z nich wychodzi przed szereg i zaczyna tańczyć dziwny, chodzony taniec, z czymś na kształt gigantycznego imbryka na głowie. Tłum faluje w transie.

koncert w MeknesPolacy

W schronisku spotykam grupę Polaków. To bardzo miłe spotkanie. Następnego dnia razem zwiedzamy miasto. Oglądamy miejscową medresę – jedyne miejsce związane z islamem do których wolno wchodzić turystom, może dlatego, że dawno już nie działała i teraz zamieniano ją na muzeum. Znaleźliśmy też dawne podziemia, pod dużą częścią placu pod murami Medyny, wykorzystywane wcześniej jako magazyny, a jak głosi legenda, było to także więzienie dla chrześcijan pojmanych w Sale i wykorzystywanych jako siła robocza.

Marokańskie kobiety

Chcemy odwiedzić hamman. Pytamy o drogę trzy młode Marokanki. Pytanie dziewczyn o drogę jest dobrym patentem, bo daje gwarancję, że Cię nie naciągną na kasę. Chwilę z nimi rozmawiamy i nagle słyszę z ich ust: You are beautiful. Oświadczyny? Mimo, że Maroko jest krajem muzułmańskim dziewczyny łatwo nawiązują kontakt z białymi turystami, licząc na łatwą przepustkę do „lepszego” świata, albo po prostu ciekawą wycieczkę po własnym kraju okraszoną atrakcyjnymi prezentami. Potem widzę niejedną egzotyczną parę, złożoną ze starych bogatych Francuzów lub Anglików, podróżujących w towarzystwie miejscowych dziewczyn. Zakłopotany udaję, że nie zrozumiałem komplementu i dziękujemy za doprowadzenie do hammanu. Niestety tego dnia łaźnia otwarta jest tylko dla kobiet. Dziewczyny mimo moich usilnych namawiań nie odważają się go odwiedzić, a ja żałuję że nie jestem kobietą i czekam na następną szansę.

Polski wieczór

W schronisku Polacy – ach, cudowny naród, w tym zakresie zawsze można na nas liczyć! – wyciągają flaszkę rumu. Żeby nie pić całkiem na krzywy ryj dokupuję colę i obalamy wzorowo butlę na dachu schroniska przygrywając sobie na gitarze ze schroniska. Przez chwilę poczułem się, jakbym był znów w Polsce.

30.04.08.

Pierwszy nocleg u Marokańczyków

p5010390

Z Meknes wyruszam na południe, zamierzając dojechać do Marrakeszu wzdłuż północnych zboczy Atlasu. Trochę się obawiałem tej drogi, bo kaszel wciąż jeszcze nie minął, ale po wyjeździe za obwodnicę skręcam w prawo, w boczną omijającą Azrou drogę i wiem już, że jest dobrze. Wąska droga wije się wśród pięknych krajobrazów przedgórza Atlasu. Jest sucho, ale nie gorąco, bo słońce schowało się za chmurami. Jedzie się lekko i szybko aż do Mrirtu, w którym muszę wjechać na główną drogę do Marrakeszu. Miasto robi wrażenie nieprzyjaznego. Na ulicach jest mnóstwo wyrostków, którzy próbują mnie łapać, klepią po sakwach i krzyczą coś niezrozumiałego. Chce odjechać jak najdalej, aby znaleźć spokojne nocleg. Ale miejsce nie sprzyja rozbiciu namiotu: otwarta przestrzeń z porozrzucanymi domostwami sprawia, że będę widoczny jak na dłoni. Nie chcę być obiektem głupich żartów podrostków, o których czytałem w innych relacjach z Maroka. Rozumiem też doskonale, że mieszkańcy wsi mogą być zaniepokojeni obecnością intruza, który bez pytania rozbija się na ich ziemi. Podjeżdżam do pierwszego domostwa i pokazuję na migi, że słońce zachodzi, a ja, namiot, spać. No problem? No problem! Gościnność jest w islamie nakazem religijnym. Nie wiem, czy moi gospodarze są tak religijni, czy po prostu wykazali się zwykłym, ludzkim odruchem. Otrzymałem od nich wszystko, co podróżnemu potrzebne: Wodę do mycia i picia, kawał domowego chleba i mleko.

Z Mrirtu jadę dalej w stronę Marrakeszu.

01.05.08.

Kupa

Problemem rowerzysty jest poranna kupa… Po prostu nie ma jej gdzie zostawić. Wokół jest tak przestrzennie i sucho, że po prostu nie ma się gdzie schować. W końcu znajduję – wydawałoby się – ustronne miejsce, od drogi oddziela mnie mały pagórek. Korzystam z tych szczęśliwych okoliczności w najlepsze, aż tu nagle, tuż przed moim nosem zatrzymuje się policyjny konwój. Są chyba równie zakłopotani jak ja. Dyskretnie udają, że nic widzą, a ja szybko wciągam gatki i odjeżdżam, chcąc dokończyć com zaczął nieco dalej. Ale teraz gliniarz stoi już za każdym zakrętem! O co chodzi? - pytam jednego z nich. Król przyjeżdża do Khenifry!

król

Król

Kordon policyjny ustawia się już 40 km przed miastem – z brzegu stoją żołnierze w odświętnych mundurach w głębi zaś zwykli żołnierze pilnują, żeby nikt niepowołany nie dostał się w pobliże drogi. A mnie tylko salutujuą! Z taką obstawą docieram do samej Khenifry, a tam… szaleństwo! Rozentuzjazmowany, wiwatujący tłum czeka na swojego monarchę, odświętnie ubrani wieśniacy dojeżdżają do miasta na zapchanych pakach ciężarówek. Wszyscy czekają na króla! Marokańczycy uwielbiają swojego króla. I nie jest to czysta propaganda, ale fakt – kogo bym się nie zapytał, każdy wyraża się pochlebnie o młodym władcy.

p5010404

Zostawiam Khenifrę i jadę dalej. Mijam sztuczny zalew utworzony przez tamę na rzece. Oed Oum er Rybia – nie ma go na mapie, więc się nieźle zdziwiłem. Niestety droga nie zjeżdża na brzeg, więc mogę podziwiać go tylko z góry. Zbocza gór mimo, że schodzą wprost do srebrzystej wody w dole pozostają suche. Wrażenie dość absurdalne. Droga to pnie się do góry, to schodzi w dół. Dość męcząco. Dlatego już koło 18.00 zaczynam rozglądać się za noclegiem.

Rodzina Saberów

Zajeżdżam do jednego z domów w okolicy Zaonira ech-Cheikch nieco oddalonego od drogi. Zagaduję gospodarzy: nic po francusku, nic po angielsku. Tylko arabski i berberyjski. Język migowy króluje. Początkowo pokazują mi miejsce za domem, ale nie zdążam nawet zdjąć wszystkich sakw, gdy kobiety zaproponowały mi nocleg w domu. Jak mogłem odmówić?

Dom

Wprowadzono mnie do wielkiego salonu u mieszczonego zaraz przy wejściu. Najwyraźniej jest to miejsce, gdzie przyjmuje się gości. Urządzenie salonu jest proste: wzdłuż ścian stoją zdobione ławy, po środku zaś okrągłe stoły. W głębi domu, który z zewnątrz wygląda jak niepozorna betonowa chałupa znajduje się wielki zacieniony hol. To centrum dowodzenia, z którego rozchodzą się wejścia do innych pokoi i królestwa kobiet – kuchni.

babcia

Ledwo wprowadziłem rower, przyszli obejrzeć mnie mieszkańcy domu. Babcia z pomalowaną henną twarzą przygląda mi się wnikliwie – z ciekawością, ale bez śladu wstydu, jakie okazują muzułmańskie kobiety przed obcymi mężczyznami. W jej oczach rysuje się życzliwość połączona z twardym charakterem kobiety pustyni. Nie mówimy nic, ale język ciała jest bardziej czytelny niż słowa. Oprócz babci krzątają się wokół mnie dwie kobiety w średnim wieku.

Kąpiel

Na początku kobiety proponują mi kąpiel. Oczywiście przystaje na to z ochotą. Dostaje wiadro ciepłej wody, kubek do polewania, kostkę szarego mydła i szorstką rękawicę, jakiej używa się w każdym hammanie do – jak powiedziałyby kobiety: peelingu. Tak zaopatrzony zamykam się w łazience, a właściwie w zwykłej, choć dość przestronnej, toalecie z dziurą. Po kąpieli kobiety podają mi skromny posiłek: chleb (ach ten chleb! Zawsze smakuje jak prosto z pieca), herbatę z miętą, masło (gęste jak żółty ser) i oliwę. Kiedy jem, kobiety proponują, że zrobią mi pranie. Oczywiście odmawiam, uznając to za przesadę. Ale i tak uprały mi ręcznik i koszulę, które powiesiłem na zewnątrz po kąpieli. Jakbym moją mamę widział…

Potem powoli zaczyna schodzić się ze wsi cała rodzina. Przychodzi więc stary wujek, młody Ismail, jego brat i ich rezolutna 6-letnia siostra. Wszyscy zgodnie oświadczają, że nazywają się Sober. Pewnie pół wsi się tak nazywa.

p5010431

Pogawędki

Ismail (około 25 lat) po skończonych 5 klasach od razu poszedł do pracy. Najlepiej po francusku mówi mała Sober – na pewno lepiej niż ja. Wyciągam przewodnik z rozmówkami arabskimi i od razu robi się wesoło. Uczę się potrzebnych słów: „’lma” – woda, „kaber” – duża, „sarer” – mała. Dziewczynka poprawiała cały czas moją wymowę. Przerabiamy po kolei cały repertuar tematów: pokazuję na mapie moją trasę, uczę się kto jest kim w rodzinie, oglądamy zdjęcia z aparatu (Chłopakom bardzo podobają się polskie turystki z Meknes, Są pełni uznania, bo myślą, że wszystkie to moje dziewczyny.) Potem przychodzi pora na muzykę: oni puszczali swoją z komórek, ja z mp3. W międzyczasie kobiety podają kawę: mocną, słodką i doprawianą kardamonem. Robi się ciemno. W całej wsi nie ma elektryczności, więc na dworze pojawia się butla gazowa z włóknianą końcówką, dającą niemal tyle światła co żarówka.

p5010437Tadżin

Kiedy przenosimy się do salonu, myślę, że przyszła pora na sen. Ale gdzie tam! Nagle na stół salonu wjeżdża olbrzymi tadżin. Tadżin to najpopularniejszy marokańska potrawa. Właściwie jest to nazwa naczynia w którym się je przygotowuje – ceramicznego talerza przykrytego charakterystycznym stożkiem. Do wewnątrz wrzuca się po prostu to czym akurat się dysponuje i całość stawia na węglu drzewnym. Oczywiście w tradycyjnym domu tadżin je się bez użycia sztućców, nabierając kolejne kęsy za pomocą chleba. Nasz tadżin wygląda tak: na samej górze są frytki, poniżej przyprawiona kuminem zeszklona cebula, a jeszcze niżej – złoto dla zuchwałych – kawałki kurczaka! Jak zwykle większość mięsa jest z kością, a tylko jeden niewielki kawałek to czyste mięso. Żaden z braci nie śmie go tknąć, każdy tak zręcznie chwyta chlebem cząstki jedzenia, że smakowity kąsek nieuchronnie przesuwa się w moją stronę. Cóż było robić? Zeżarłem go, jak ostatni cham.

Sen

Wreszcie nadszedł czas na sen. Nikt tu nawet się nie przebiera, każdy kładzie się do łóżka w tym, co akurat ma na sobie. Czuję się nieswojo patrząc na swój bagaż: nie wykluczone, że w moich sakwach jest więcej ubrań, niż oni mają w szafie. Dostaję olbrzymi, chyba czteroosobowy koc i układam się tak, jak bracia na ławie.

Rano obdarowany przez babcię garścią pomarańczy i chlebem wyruszam rekordowo wcześnie. O rześkim poranku jedzie się cudownie. Bardzo szybko dojeżdżam do Ksiby Tadli, potem do Beni Mellal a nastepnie do Afourer. Takiego tempa nie miałem nigdy dotąd: prawie non stop zasuwam z prędkością 38 km/h. Do południa na liczniku mam już 90 km.

W stronę Atlasu

p502044512 km za Beni Mellal zjeżdżam na boczną drogę do Afourer. Od tej pory do Marrakeszy będę jechał podrzędną drogą prowadzącą zboczami Atlasu wysokiego. Postanawiam wynagrodzić sobie niezłe tempo wczesnym tadżinem i długim odpoczynkiem. Wiem, że czeka mnie teraz niezła wspinaczka, ale nie sądziłem, że to będzie taka mordęga: następne niekończące się trzy godziny jadę w palącym słońcu pod górę tempem powolnego piechura. Kiedy tracę już niemal nadzieję, że wspinaczka kiedyś się skończy teren zaczyna się wywłaszczać, a zaraz potem pojawia się szaleńczy zjazd. Klocki rozgrzewają się do czerwoności i przestały nawet piszczeć. Mam wrażenie, że prawie całkiem się starły i zaczynam obawiać się o wysłużone już obręcze. Jadę jednak dalej, nie chcąc tracić czasu na ich wymianę. A zjazd trwa i trwa. W miarę jak delektuję się prędkością, w tyle głowy coraz wyraźniej pojawiała się myśl: „Kurcze, przecież to trzeba będzie znów podjeżdżać!”. W końcu zjechałem w głęboką i wąską dolinę rzeki Ouidane. W centrum doliny utworzony został olbrzymi zalew odgrodzony tamą – Barrage Bin El Ouidane. Jest to miejsce pilnie strzeżone przez wojsko, hydroelektrownia dostarcza dużą część energii Maroka.

03.05.08.

Namiot rozbijam przy drodze, powyżej brzegu zalewu i zabudowań wsi. i turystycznej osady.

p5020460Następnego dnia wstaję dość wcześnie, zmieniam całkiem już starte klocki hamulcowe i pierwszy raz na wyjeździe smaruję łańcuch. Nie jestem typem „szpenia” i gadżeciarza, który chucha i dmucha na rower, dla mnie ważne by w miarę bezpiecznie jeździł.

Woda

Srania znów nie ma gdzie zostawić, choć po kawce chce się bardzo. Wciąż ktoś kręci się dookoła z kozami. Więc ruszam. Pierwsze 15 km wciąż pod górę. Ledwie dyszę. Potwornie gorąco i stromo. W dodatku zaczyna brakować mi wody. Nagle jakiś mijany pasterz macha na mnie rękę, pokazując gest picia. Mam nadzieję, że chce dać mi wody, ale okazuje się, że sam jest spragniony! Daje mu butelkę i patrzę jak pije. Chce zatrzymać butelkę, ale nie zgadzam się. Co miałem zrobić? Zostało kilka łyków, a góra nie chce się skończyć.

p5030465

W końcu góra nieco odpuściła i pojawił się kranik, a przy nim kolejka ludzi z osłami. Każdy nabiera wodę hurtowo – osły objuczone są wielkimi 50-litrowe baniakami. Przepuszczają mnie, bo co to przy ich tonażu jedna butelka? Uff. Ale ulga. Takie miejsca to giełda wymiany informacji, a także – możliwość spotkania ładnej dziewczyny.

Marokańskie dzieciaki

W końcu dojeżdżam do Azilal. To duże miasto o charakterze uzdrowiskowym. Krótka przerwa na herbatę, w sklepie serek Kiri, kanapka i znów w drogę. I znów pod górkę. Nie pomagają piękne widoki. Trochę bardziej już może zawody dzieciakami. Widać je z daleka przy drodze, wracają ze szkoły. A one niestety też cię widzą. Z daleka jednak nigdy nie wiadomo, jak są usposobione: czy będą zagadywać przyjacielsko? Czy bluzgać w nieznanym Ci języku? Czy będą łapać Cię za sakwy? Prosić o wodę, czy klaskać i podnosić kciuki w górę? Dziewczyny są zawsze łagodniejsze. Na szczęście dzisiaj spotkałem tylko typ życzliwych sportowców. Pojawienie się rowerzysty traktują jako okazję do rywalizacji. Jeśli tylko jedzie się z odpowiednią prędkością – czyli dostatecznie wolno, by mogli się przyłączyć i nawiązać rywalizację – zaczyna się wielki, czasem kilkukilometrowy wyścig. Każda wioska, to kolejna premia górska. Dzieciaki zaczynają biec koło ciebie całą gromadą, jak chmara komarów, ciągle coś krzyczą. Najgłupiej jest zżymać się na to – najlepiej zachęcać je do biegu, który potrafi trwać dobrych parę minut. Czasem też trafia się zawodnik na rowerze – ci potrafią jechać nawet do 20 kilometrów. W ten sposób nawiązują się sportowe kontakty międzynarodowe. I zawsze to dodatkowa motywacja, aby mocniej depnąć na pedały.

p5030467Wodospady Cascades d’Ouzoud

W taki właśnie sposób, dojeżdżam aż do Cascades d’Ouzoud – zasłużenie określanych najpiękniejszymi wodospadami w Maroku. Kaskady są celem licznych odwiedzin turystów, ale mimo turystycznego charakteru tego miejsca, warto je zobaczyć.

p5030486

04.05.08.

Ponte naturell

Następnego dnia już zahartowany wyruszam w kolejny odcinek górskiej trasy. Następnym punktem jest Demnate, niewielkie miasto handlowe stanowiące początek r5zadko dziś używanej drogi do Warzazat. Jadę nią tylko kilka kilometrów, aby obejrzeć Ponte naturell - naturalny most wyżłobiony przez wodę pod przełęczą. Most jest na tyle mocny, że bez obaw przejeżdżają po nim ciężkie samochody. Pod nim zaś powstała wielka grota wielkości katedry. Wewnątrz, wśród stalaktytów i żłobień mają swoje gniazda ptaki.

p5040516

Nocleg u Hamida

Z mostu szybko wracam do Demnate i dalej, jadę jak najdalej za miasto, żeby następnego dnia być jak najbliżej Marrakeszu. Udaje mi się dojechać do małej wioski – Tidli des Ftoaka gdzie postanawiam znaleźć nocleg. Tym razem zabieram się do sprawy inaczej niż zazwyczaj. Staję w centralnym punkcie wsi, przy sklepie, tam gdzie zbierają się miejscowi, kupuję kolę i pytam mężczyzn prosto z mostu, gdzie mogę się rozbić. No i robi się zamieszanie. Tłum doradców, każdy ma inny pomysł: „Może w szkole?” - ktoś rzuca. „możesz rozbić się gdziekolwiek!” – daje do zrozumienia ktoś inny. Nikt jednak nie mówi po angielsku. W końcu starszyzna ze sklepowym na czele uradza, żeby zawołać Hamida. Hamid, 24-letni chłopak faktycznie mówi nieźle po angielsku i dobrze mu z oczu patrzy. Chwilę waha się, po czym mówi: „Przenocujesz u mnie w domu”. Po serii moich pytań i jego zapewnień (Czy aby na pewno nie problem? Nie, na pewno nie problem!) idziemy. Hamid prowadzi mnie w labirynt wąskich ścieżyn pomiędzy murami innych chałup. Muszę mu zaufać. W trakcie rozmowy dowiaduję się, że Hamid studiuje w Marrakeszu… filozofię!

Dom Hamida, jest ubogi, lecz podoba mi się bardziej niż dom Saberów. Z zewnątrz, jak wszystkie marokańskie domy, wygląda niepozornie. Zwykłe krzywe mury z gliny. Wewnątrz znajduje się przestronny dający cień dziedziniec z małym ogródkiem po środku. Z dziedzińca wchodzi się do poszczególnych pomieszczeń. Salon wygląda bardzo podobnie do tego, w którym spałem wcześniej u Saberów. Tu Hamid podaje mi herbatę – no właściwie nie on, lecz jego mama. Przynosi też miskę z wodą i coś, co wyglądało jak konewka, żebym mógł się umyć. Wzbudza we mnie zakłopotanie, kiedy zaczyna polewać mi nogi wodą. W dodatku czynność tę wykonuje z wielką delikatnością i dokładnością. Jakby odświętnie. „Gość w dom – bóg w dom”. Potem zaproponuje, żebyśmy się przeszli po okolicy – jakże inny sposób przyjęcia niż poprzednio!

p5040526

Ponieważ wcześniej Hamid zdradził mi, że kiedy pojawiłem się we wsi był właśnie w kafejce internetowej (tak!) i czatował z jakąś dziewczyną, pytam go, czy idziemy pogadać z lokalnymi dziewczynami. Ale najwyraźniej ta propozycja nie spodobała mu się. Zamiast tego Hamid chce pokazać mi jak piękna jest okolica jego rodzinnego domu. Jak para zakochanych idziemy więc na romantyczny spacer za wieś, nad brzeg wyschniętej na wiór rzeki. Tu Hamid, z otwartością na jaką można zdobyć się tylko wobec całkiem obcych ludzi opowiada mi swoją przejmującą historię. Jestem zaskoczony i wdzięczny za zaufanie.

Historia Hamida

Hamid jest nie ma najlepszego kontaktu z miejscowymi. Zamiast z nimi rozmawiać woli pisać swój dziennik, którego nikomu jeszcze nie pokazał. W dzienniku zapisuje wszystkie swoje wahania rozterki. Hamid, pochodząc z bardzo ubogiej rodziny ma słabe widoki na sukces, zarówno zawodowy, jak i miłosny. Na studiach poznał pewną dziewczynę. Spodobała mu się i chciał się z nią ożenić. W Maroku, jeśli chłopakowi podoba się dziewczyna, nie może (przynajmniej Hamid tak twierdzi) się z sam spotkać. Najpierw do ojca dziewczyny powinien przyjść wysłannik i poprosić o jego zgodę na spotkania. Wysłannikiem Hamida był jego nauczyciel angielskiego. Sam zresztą zaoferował mu swoją pomoc. Widać wyraźnie, że dla chłopaka ten człowiek to duży autorytet. Ale do czasu… Kiedy nauczyciel w imieniu hamida przyszedł do ojca dziewczyny, ojciec odrzucił propozycję, tłumacząc, że Hamid jest dla jego córki za biedny. Ma zobowiązania wobec swojej rodziny na wsi, a to oznacza, że jego córka straci młodość pracując na roli. Za to ojciec dziewczyny dał nauczycielowi do zrozumienia, że w roli kandydata na zięcia chętniej widziałby jego. I nauczyciel z tej oferty skwapliwie skorzystał. Teraz była miłość Hamida, z którą zresztą nadal studiuje na roku, jest żoną ich wspólnego nauczyciela angielskiego. Ale na tym nie koniec! Nauczyciel chcąc wybrnąć z niezręcznej sytuacji próbował zmusić Hamida do rzucenia studiów. Hamid pisał w tej sprawie listy do wyższych instancji uczelni i udało mu się pozostać na studiach, jednak jego sytuacja jest wciąż trudna do zniesienia. Historia miłosna rodem z dziewiętnastowiecznej powieści, jak widać w Maroku jest nadal aktualna.

Hamid opowiadając mi tę ją, jest szczęśliwy, że znalazł neutralnego i wyrozumiałego słuchacza. Cieszy się, że może z kimś porozmawiać po angielsku, pierwszy raz stosując ten język, do czegoś innego niż ćwiczenia gramatyczne z ksiązki. A ja byłem szczęśliwy, że mogłem go wysłuchać.

Toaleta

W nocy muszę odwiedzić toaletę. Kiedy zapalam światło, wewnątrz panuje wielkie poruszenie: trafiam w sam środek nocnych łowów. Koło dziury w kiblu dumnie krążą płaskie pluskwiaki, na ścianach szeleszczą chitynowymi kołnierzami pięciocentymetrowe karaluchy, a nad tym wszystkim, na suficie dumnie czuwa jaszczurka, wielkości ręki. W pięć sekund całe towarzystwo znika chowając się po kątach, a ja udając że nic nie widziałem załawtaim potrzebę i z dreszczami na plecach (a może to nie dreszcze?) wracam do łóżka po którym gania mysz… Rzeczywiście biednie u tego Hamida.

05.05.08.

Im bliżej Marrakeszu, tym droga staje się bardziej ruchliwa i płaska. A teren jest znów coraz bardziej pustynny. Mijam pola, które u nas wzbudzały by pusty śmiech: zwykłe kamieniska spod których co kilka centymetrów wyrasta rachityczny kłos zboża. Rolnicy zrywają je rękoma, czasem sierpem, kosy nie widziałem ani razu, nie mówiąc już o traktorze.

żniwa

Marrakesz

W szybkim tempie docieram do Marrakeszu i zatrzymuję się w jeden z wielu hoteli na południe od Dżama El Fna – głównego placu Marrakeszu. Dżama El Fna to miejsce, gdzie prędzej czy później trafia każdy turysta podróżujący po Maroku. Z przeprowadzonych badań wynika, że aż 90 % z nich nie ma ochoty nigdy tam wracać. Nie dociekając przyczyny kładę się spać. Nie ma nic przyjemniejszego niż leżenie w chłodnym, ciemnym hotelu, nasłuchując warkotu skuterów i szumu miasta za oknem, ze świadomością, że niegdzie na razie nie muszę jechać…

Dżama El Fna

Dżama El Fna

Wizyta na Dżama El Fna szybko wytrąca mnie z miłego odrętwienia. Tłum naganiaczy atakuje jak chmara komarów: nie sposób się zatrzymać ani na chwilę, trzeba być w ciągłym ruchu. Muzycy, opowiadacze, zaklinacze wężów, facet z kurą na głowie, facet z małpą, facet z psem jeżdżącym na motorze, dziadek z dzwoneczkami przy kapeluszu, inny dziadek dentysta, kobiety malujące hną dłonie, rozmaici przewodnicy i sprzedawcy jedzenia… Dym z grillów spowija cały plac, wszędzie rozbrzmiewa muzyka bębnów i każdy próbuje zgadnąć z jakiego jesteś kraju. Koszmar.

zaklinacz węża6.05.08.

Dzień higieny osobistej

Następny dzień rozpoczynam według systemu: trzymać się najdalej od Dżama El Fna. Zapuszczam się w głąb medyny i szybko okazuje się, że cały ten turystyczny zgiełk i show kończy się zaraz po zejściu z głównych arterii. Postanawiam zrobić sobie dzień higieny osobistej. Najpierw lekki posiłek w miejscowej jadłodajni: buła z kawałkiem ryby. Potem golarz. Długo szukam, chcąc trafić do oryginalnego, starego i doświadczonego golarza, który na pewno by mnie nie zaciął, aż w końcu i tak wchodzę, do przypadkowego lokalu. I nie żałuję! Mój golarz – młody chłopak w koszulce Realu Madryt znał się na rzeczy. Najpierw długo i dokładnie mydli brodę. Potem długą brzytwą, raz przy razie obiera ją z brudnej piany. Nawet nie poczułem jak byłem ogolony, ale to nie koniec. To było dopiero golenie wstępne, z grubsza. Teraz dokładniej, jeszcze raz to samo: smarowanie, mydlenie i golenie. Ale i na tym nie koniec! Teraz trzeba poprawić golenie w okolicach ust – do tego celu służy inna, krótsza brzytwa. W sumie trzy razy. Potem jeszcze maszynką przejeżdża po głowie, lekkie poprawki brzytwą na karku, przy uszach, woda kolońska i voila! Jestem jak nowo narodzony. Znowu na ulicy zaczęli na mnie wołać Barthes – od łysego bramkarza Francji (wszystko się trym Marokańczykom z piłką kojarzy).

Golarz

Golarz to nie wszystko. Nie darowałbym sobie, gdybym w końcu nie odwiedził hammamu. Budynek łaźni nie jest wewnątrz zachwycający, ale usługa szorowania z masażem – pierwsza klasa! Z przyjemnością patrzyłem, jak złuszczony naskórek odkrywa białą skórę.

Nie można też zapominać o higienie psychicznej. Zimne piwo byłoby w sam raz. Alkohol jest w Maroku dostępny w nielicznych, koncesjonowanych sklepach. W Marrakeszu łatwiej o nie niż na prowincji, dlatego wieczór uczciłem racząc się piwem na tarasie hotelu.

07.05.08. - 08.05.08.

droga nad ocean

Do oceanu pod wiatr

Wymieniając klocki hamulcowe w górach, jeden z nich zainstalowałem nieco za wysoko, powodując obcieranie opony. Niestety jej stan groził teraz nagłym wybuchem w trakcie jazdy. W Marrakeszu kupuję więc oponę w jednym ze sklepów rowerowych i udaje się w ostatni etap podróży – drogą na wschód, do wybrzeży oceanu w Essaoirze. Droga jest ruchliwa, i bardzo pustynna, a okoliczne tereny zamieszkałe są głównie przez Berberów. Wiatr od strony oceanu jest tak silny, że jadę po płaskim terenie z prędkością dużo poniżej 10 km/h. Po kilku godzinach nieustannej walki jestem gotów się poddać, i ostatnie brakujące 100 km przejechać autobusem. Na szczęście nie udaje mi się żadnego złapać. Skazany na rower znajduję nocleg u gościnnych rolników w okolicach Chichaoua. W zamian za miejsce na namiot częstuję ich polską czarną herbatą. „Dobra.” – mówią uprzejmie – „ale jakoś mało słodka” – i wrzucają do kubka kostkę cukru wielkości brzoskwini.

Następnego dnia wiatr ustaje. Jadę przez całkiem już suche tereny, w powietrzu czuć ocean. Kiedy wyjeżdżam na nabrzeże znów uderza we mnie ściana wiatru. Przede mną upragnione wybrzeże oceanu! Chcę wskoczyć do wody, ale zamiast rozbierać się do kąpielówek, temperatura po raz pierwszy karze mi założyć polar. Nie na darmo Essaouira zwana jest wietrznym miastem.

Z radością spędzam tu dwa ostatnie dni podróży, delektując się chłodem wiatru, owocami morza, wszechobecną muzyką (w Essaouirze co lato odbywa się słynny festiwal muzyki Gnawa) i przede wszystkim brakiem naganiaczy. Do Malagi, skąd wracam do Polski samolotem, jadę już autobusem.

Essaouira 1


Comments

Comment from plasianka
Time September 19, 2008 at 10:38 am

szczerze, zaczytałam się, nie powiem wciągnęło mnie i nie znudziło, co może oznaczać, że poczytam więcej, jak tu będzie:)

Comment from Mac
Time November 11, 2008 at 10:48 am

Fajny opis, gratuluję wyprawy. Szkoda tylko, że mało zdjęć.

Write a comment